Mam prawo jazdy już od dłuższego czasu. Kurs zrobiłam zimą żeby później się nie przestraszyć, mój instruktor to był kawał chama ale się dogadaliśmy uczył mnie ile wlezie i zdałam za pierwszym razem :)
Ale później czekałam na to prawo jazdy i... zaczęłam wątpić w swoje umiejętności, zaczęłam odkładać jazdę na później. Pomimo logicznych argumentów i oczywistości, że praktyka czyni mistrza zamiast samochodu wybieram autobus. Celowo napisałam w czasie teraźniejszym bo dzieje się tak nadal.
Dlaczego?
Odpowiedź jest prosta... znaleźć ją można we wcześniejszym poście "Czym jest właściwie ta prokrastynacja". Wpływ na moje postępowanie ma głównie strach przed porażką i brak wiary we własne możliwości, uczucie przytłoczenia. I tak się dzieje prawie za każdym razem mimo, że jak już jestem zmuszona usiąść za kółkiem to idzie mi jak najbardziej pozytywnie (aż się sama dziwię bo po tak długich przerwach jak ja robię to ciężkie i to jeszcze w moim mieście). Ostatnio doszłam do wniosku, że regularna jazda samochodem uczyniłaby ze mnie świetnego kierowcę ;) ale coś mnie trzyma. I to na pewno nie lenistwo - nawet pod wyżej wymienionym postem pojawił się komentarz, że prokrastynacja to lenistwo. Problem jest bardziej złożony i wie to każdy "prawdziwy" prokrastynator.
Postanowiłam wziąć byka za rogi. Rozpoczęłam od głębokiej analizy wad i zalet czynnego korzystania z prawa jazdy, jego wpływu na dalsze moje życie, wpływu jego braku. W perspektywie przyszłych rozwiązań mieszkaniowych bezstresowa jazda to coś co będzie mi niezbędne.
Nie uda mi się jeździć codziennie ale zacznę minimalnie jednego od kilu razy w tygodniu. Wyjdzie to na zdrowie mojemu samochodzikowi i mnie przy okazji :)Małymi krokami aż do celu i mam nadzieję, że dam radę.
Trzymajcie kciuki :)

Wybrałam opcję z przegródkami na cały tydzień (rano, południe, wieczór). Korzystam tylko z porannych i wieczornych ale reszta się nie marnuje.



